O fenomenie kształcenia pisarzy

Jubileusz Podyplomowego Studium Literacko-Artystycznego

Nie chcemy uczyć pisania − zawsze chcieliśmy kształcić pisarzy

Rok 2014 − W dwudziestą rocznicę założenia Podyplomowego Studium Literacko-Artystycznego, o fenomenie kształcenia pisarzy, doświadczeniach, wspomnieniach i wyjątkowych ludziach, opowiada prof. dr hab. Gabriela Matuszek – założycielka i kierownik Studium

Pani Profesor, bardzo wiele mówi Pani o ludziach, którzy przyczynili się do powstania Studium Literacko-Artystycznego, ale w żadnym wywiadzie nie wspomina o osobistych motywacjach. Chciałabym, że by ten wywiad był inny od tych, których Pani wielokrotnie udzielała. Bardziej osobisty. Czy zechciałaby Pani o nich opowiedzieć?

Dobrze, choć nie wydaje mi się to szczególnie ważne, zwłaszcza że motywacje były różnorakie. Przecież nie będę mówić, że postanowiłam założyć Studium dlatego, że mój syn zaczął pisać. Ale poniekąd tak było. Miał osiemnaście lat i zaczął odnosić pierwsze sukcesy literackie. M.in. wygrał ogólnopolski konkurs dramaturgiczny dla młodych ludzi, pisywał też opowiadania. I wtedy pomyślałam: co byłoby gdyby taki młody człowiek, który nie zamierza iść na studia związane z literaturą, zechciał dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Zaczęłam się nad tym zastanawiać,  jakie dziedziny wiedzy powinno obejmować kształcenie pisarza. Świetnie byłoby, gdyby taki człowiek  mógł zdobyć nie tylko szeroką wiedzę literacką, ale także  z zakresu filmu, teatru, kultury języka, prawa autorskiego itp. No i mógł uczestniczyć w  warsztatach prozatorskich, poetyckich, dramaturgicznych. Mój syn nie studiował w SLA i został (dramato)pisarzem, przynajmniej na razie, lecz filozofem, ale ten impuls pozwolił na zbudowanie pewnej konstrukcji myślowej, która przetworzyła się w czyn.

Ciągle pozostaje Pani w cieniu.

Bo w cieniu jest miło, nie razi słońce… Najważniejszy jest kontakt z młodymi, zdolnymi ludźmi. To naprawdę przyjemnie, patrzeć, jak  ktoś wyrasta na twórcę. To wspaniałe uczucie, czytać teksty tych ludzi, patrzeć, jak się rozwijają, a potem obserwować ich drogę życia.

Czy pracując na uczelni nie miała Pani pokusy, żeby wprowadzić zajęcia z zakresu kreatywnego na polonistyce?

Kurs kreatywnego pisania i SLA to dwie różne przestrzenie. W szkole pisania kształcimy  ludzi, którzy są w tym kierunku szczególnie uzdolnieni. Natomiast na zajęcia z kreatywnego pisania mógłby zapisać się każdy, bo przecież studia są egalitarne. Takie grupy funkcjonują na zupełnie innej zasadzie. Niektóre osoby  realizowałyby kurs dla punktów, a przede wszystkim trudno byłoby utrzymać wysoki poziom zajęć. Idea szkoły pisarzy różni się od kursów kreatywnego pisania, i zawsze to dla nas było ważne. Trzeba to wyraźnie zaznaczyć. Studium powstało w 1994 roku, kiedy w Polsce nie było jeszcze tzw. kursów kreatywnego pisania. My  nie chcieliśmy uczyć pisania – chcieliśmy kształcić pisarzy.  Nie przenosiliśmy wzorców amerykańskich na grunt polski,  ponieważ z kształceniem pisarzy łączą się zupełnie inne cele i wartości. Nadrzędnym celem Studium jest  pomoc twórcom, ludziom obdarzonym wrażliwością i darem szczególnej percepcji świata,  stworzenie dla nich warunków rozwoju, otwierania na dobrą, wartościową literaturę.

A wspomnienia? Co najbardziej utkwiło w Pani pamięci?

Wspomnień jest oczywiście bardzo wiele. Osobą, która szczególnie zapisała się w mojej pamięci i z którą wiąże się wiele historii i anegdot, jest Maciej Słomczyński. Przez cały czas współpracy ze Studium bardzo nam pomagał, chociaż początki były trudne. Ogromnie zależało mi na tym, żeby został jednym z wykładowców, ale kiedy się do niego zwróciłam, natychmiast odmówił. Trzymał się z dala od środowisk literackich. Pojechałam do niego na bardzo długą rozmowę. Najpierw rozmawialiśmy o Studium, potem weszliśmy  w przestrzenie bardziej prywatne. Po trzeciej czy może czwartej godzinie rozmów zapytał, kto tę szkołę robi. Wcześniej wspominałam, że Instytut Polonistyki, środowisko literackie, itp… Niezręcznie było powiedzieć, że to mój pomysł, ale zaryzykowałam: -Teraz, skoro Pan odmówił, mogę Panu powiedzieć − ja. −A to trzeba było tak od razu mówić, ja bardzo chętnie z Panią tę szkołę zrobię! I włączył się do tego projektu. Był dla nas wszystkich, zarówno studentów, jak i wykładowców, prawdziwym mistrzem. Jeśli przez  relację mistrz-uczeń rozumiemy taką, w której Mistrz fascynuje wiedzą, osobowością, ma autorytet i potrafi porwać za sobą. Ale poza tymi cechami mistrz musi mieć czas, albo chcieć ten czas znaleźć dla swoich uczniów. Maciej Słomczyński ten czas miał. Potrafił godzinami rozmawiać, opowiadać, dyskutować. To nie było tylko uczenie pisania. To były opowieści o życiu, cudowne anegdoty, niebanalne rekwizyty. Np. but, który rzekomo miał pochodzić ze starożytnej Grecji, który stał na Jego biurku i skłaniał do snucia historii. Były to opowieści biograficzne, o podróżach, kontaktach, wielkim świecie, bo był przecież członkiem wielu międzynarodowych towarzystw, odnosił niebywałe sukcesy jako pisarz kryminałów (Joe Alex), ale także jako tłumacz Szekspira i Joyce’a. Kiedy uczył, to nie mówił wyłącznie na jeden temat, trzymając się sztywno ram zagadnienia. Maciej Słomczyński zataczał kręgi wokół rozmaitych tematów. I to było prawdziwie inspirujące.

Kolejne wspomnienie, to znowu Maciej Słomczyński, kiedy podczas zjazdu, w  Bukowinie Tatrzańskiej dostał bardzo rozległego zawału. Byłam przy nim, kiedy zabierało go pogotowie, a potem w szpitalu. Walczyliśmy o jego życie. Krzyczałam do lekarza: „To wielki pisarz polski, pan musi go uratować!”. Wtedy wszyscy – studenci i wykładowcy – czuwaliśmy do rana trzymając się za ręce i przesyłając Mu dobra energię. Na szczęście wyszedł z tego (niestety, zmarł niecały rok później, na raka płuc). To było bardzo mocne doświadczenie, dla nas wszystkich, dla całej grupy, kiedy  stanęliśmy naprzeciw takiego prawdziwego, nieliterackiego doświadczenia.

Najwięcej wspomnień łączy się z wyjazdowymi warsztatami, które na ogół odbywały się w Zakopanem w Domu Pracy Twórczej „Astoria” (w tym samym, w którym Wisława Szymborska, także nasza wykładowczyni, dostała wiadomość o otrzymaniu Nagrody Nobla). Przyjeżdżał do nas  Stefan Chwin, Olga Tokarczuk, Zbyszek Kruszyński (jeszcze ze Szwecji), Piotr Sommer, Marek Nowakowski, Julian Kormhauser, Karol Maliszewski, Agata Tuszyńska, Justyna Bargielska. Lista jest długa, a każde spotkanie było niezwykłe. Antoni Libera czytał Madame, jeszcze przed jej wydaniem, tą swoją charakterystyczną deklamacją,  upajając się brzmieniem własnego głosu i opowieścią. Przeżyć wyjazdowych  było bardzo dużo. A najważniejsze, że  były to prawdziwe burze mózgów, transe. Zajęcia trwały od rana do wieczora, a nawet do nocy. Odbywały się wieczory autorskie: pierwszego wieczoru wykładowcy czytali swoje teksty, drugiego dnia studenci. Zresztą tak jest do dziś, choć obecnie wrażeń jest jeszcze więcej, ponieważ dzięki gościnności Gospodarzy Muzeum Kasprowicza pierwszy wieczór ma miejsce na Harendzie. Bywały ogniska ze śpiewami patriotycznymi, bywały tańce do rana, podczas których ujawniali się znakomici tancerze, jak Marek Bieńczyk. Wielu słuchaczy zapisało się w mojej pamięci. Pamiętam studentkę, Małgosię, mieszka teraz w Kanadzie, ma dwójkę dzieci. Przyjechała z małej wsi pod Rzeszowem.  Urocza, drobniutka dziewczynka. Umarli jej rodzice, została z czwórką młodszego rodzeństwa, z których najmłodsze miało pięć lat. Opiekowała się nimi, sama mając lat dwadzieścia. Czasami przyjeżdżała do nas z  najmłodszą. Bardzo się z nią zaprzyjaźniłam i traktowałam trochę jak córkę. Dzwoniła, opowiadała co u niej. Ludzie związani ze Studium – to naprawdę bardzo ciekawe ludzkie losy. Była też bardzo młoda dziewczyna, która skończyła Studium i zniknęła na wiele lat. Okazało się niedawno, że mieszka w Mediolanie i kręci filmy krótkometrażowe. Przyjechała na tegoroczny Jubileusz. Wielu absolwentów związało się ze sztuką, niekoniecznie z literaturą. To z całą pewnością ludzie kreatywni. Te studia otworzyły ich na świat. Wiele wspomnień towarzyszy też okresowi, kiedy tworzyliśmy pismo Studium. Pomysł wyszedł od pierwszego rocznika. Pamiętam, jak dyskutowaliśmy nad koncepcją pisma. Redakcję tworzyły cztery osoby, ale współpracował cały rok.  Pomagał prof. Bogusław Dopart, jeszcze wtedy doktor, który prowadził z nimi warsztaty wydawnicze. Potem okazało się, że  „Studium” stało się czołowym młodoliterackim pismem w Polsce. Wychodziło przy wydawnictwie Zielona Sowa, które założył nasz absolwent, Mariusz Czyżowski, które też powstało z inspiracji Macieja Słomczyńskiego, wydawnictwo nawet nazwę zawdzięcza właśnie jemu. Myślę, że znacznie więcej przeżyć mają absolwenci. My  tylko przy nich byliśmy. Z wieloma osobami nadal się przyjaźnię. Młodszymi ode mnie, ale i starszymi. Naszym absolwentem jest  np. polski inżynier z Wiednia, który  na emeryturze postanowił zrealizować swoje marzenie, przyszedł do Studium i zaczął pisać książki. To druga jego pasja po żeglarstwie, od czterdziestu lat żeglują własnym jachtem razem z żoną Austriaczką. Jego opowiadania dotyczą właśnie morza. Kiedyś nawet wybraliśmy się z nimi w taki rejs. Niezapomniany.

Jak Pani sądzi, co wyróżnia twórców wybitnych?

Wiele cech, ale chyba także niepewność tego, co się robi. Zwłaszcza w przypadku ludzi z ogromną wrażliwością. Ta niepewność i ciągłe poszukiwanie, potrzeba nieustannej konfrontacji z ludźmi i światem sprawia, że  twórca dowiaduje się,  co stworzył. Takim lustrem dla pisarza jest odbiorca. Jeśli  jest wyrafinowany, wrażliwy, wtedy pisarz dowiaduje się więcej. Jak wiadomo,  literatura średnia, popularna, znajduje admiratorów. Z dziełem wybitnym bywa różnie. Ale w rozwoju pisarza zdarza się także, że pierwsza książka jest średnia, a potem nagle coś się zmienia, otwiera, jakby czekało na odpowiedni impuls. Obserwowałam kilka takich osób.

Czym Pani zdaniem powinien się legitymować adept sztuki pisania?

Oczywiście talentem. To jest podstawa, talent jest konieczny, żeby diament można było szlifować. Poza tym, trzeba chyba mieć w sobie wrażliwość, przenikliwość i umiejętność rozumienia świata i ludzi, jakiś rodzaj otwarcia na to, co nas otacza.

Skąd Państwo wiecie, że właśnie ta osoba jest utalentowana?

Skąd my wiemy? Czasami jest to oczywiste. Ale to też nie jest tak, że ktoś przynosi słabszą pracę i należy go skreślić. Bylibyśmy wielkimi uzurpatorami, gdybyśmy w ten sposób podejmowali decyzje. Nie jest powiedziane, że ktoś średni nie może za jakiś czas stać się świetnym pisarzem. Żaden pisarz nie jest od razu dojrzały. Proces dojrzewania wymaga czasu,  więc ten ktoś może nie mógł jeszcze  zdążyć dojrzeć, może nie miał się z kim skonfrontować, nie miał od kogo uczyć. Czasami trzeba w sobie także coś odgruzować.  Zdarza się, że osoby, które starając się na nasze studia składają średnią pracę, po jakimś czasie  tworzą naprawdę dobre.

Więc skąd Państwo wiedzą, że warto?

Nie wiemy. Staramy się tylko nie przyjmować grafomanów. Odrzucać teksty banalne, wtórne, językowo słabe. Ale jeśli są teksty średnie albo nawet słabe, ale jeśli widzimy, że tam coś zaiskrzyło, pojawia się jakiś diamencik, to przyjmujemy.  Czasem autor nie potrafi rozróżnić, co jest świetne, co powinno w tekście zostać, a co absolutnie trzeba wyrzucić. Tutaj się tego uczą. Nad wierszem się pracuje. Kilka tygodni, miesięcy, mówiła Szymborska. Kosz na śmieci to bardzo ważny przedmiot dla pisarza.

Czy obserwuje Pani tendencje do tworzenia się grup literackich, specyficznego języka wyrazu?

Tak. O języku jednak nie będę mówić, bo bycie pisarzem/poetą polega wszak na oryginalności języka. Ale obserwuję inną tendencję. Kolejne pokolenia są coraz bardziej nastawione na (auto)promocję. W pojęciu  wykładowców, ludzi innego pokolenia, takie zachowanie pisarza jest w jakimś sensie sprzeczne z etosem twórcy. Mam wrażenie że dzisiaj potrzeba autopromocji zdominowała wielu młodych twórców. Trudno mi rozstrzygnąć, czy to jest dobre, czy złe. Jeśli książka jest świetna, to dobrze, jeśli zła, niekoniecznie.

Jakie są dalsze plany Studium?

Żeby to miejsce było znane wszystkim tym, którzy go poszukują. To by wystarczyło.  Wtedy będzie można pracować z pełną satysfakcją.

 

Studium Literacko-Artystyczne to pierwsza i jedyna jak dotąd w Polsce Szkoła Pisarzy. Jej program obejmuje przedmioty praktyczne: warsztaty prozatorskie, poetyckie, dramaturgiczne, scenopisarskie gatunki niefikcjonalne, przekład literacki, warsztaty medialne oraz krytykę tekstu, oraz zajęcia teoretyczne: wykłady o literaturze, dramacie i teatrze, filmie, elementy prawa autorskiego oraz poetykę opisową. W Szkole wykładają najwybitniejsi polscy poeci, pisarze i krytycy oraz najlepsi specjaliści w poszczególnych dziedzinach. Wykładowcami Szkoły Pisarzy byli m.in. Czesław Miłosz, Wisława Szymborska, Stanisław Lem, Andrzej Wajda, Dorota Terakowska, Maciej Szumowski. Słuchacze rekrutują się z całej Polski (od Białegostoku i Szczecina, po Wrocław i Rzeszów, a także z zagranicy – z Brukseli i Wiednia). Podczas 20-letniej działalności SLA wykształciło wielu twórców, którzy dziś są laureatami prestiżowych nagród literackich.

Więcej informacji o SLA można przeczytać na stronie:
http://www.sla.polonistyka.uj.edu.pl/