Z prof. Gabrielą Matuszek, założycielką i dyrektorem Studium Literacko-Artystycznego, działającego przy Instytucie Polonistyki UJ, „Alma Mater” 2004 nr 63 rozmawia Tadeusz Kornaś

Studium Literacko-Artystyczne Uniwersytetu Jagiellońskiego, które jest Pani autorskim projektem, obchodziło niedawno jubileusz dziesięciolecia istnienia. Nie wszyscy wiedzą, że na najstarszym polskim uniwersytecie istnieje taka wyjątkowa instytucja, jedyna w Polsce, a może i w Europie. Czy ta nazywana potocznie „Szkoła Pisania” mieści się w formule Alma Mater?

Jeżeli przyjmiemy, że działalność uniwersytetu obejmuje wszelkie formy kształcenia i pogłębiania wiedzy, to na pewno tak. Rozmaite formy kształcenia creative writing obecne są na uniwersytetach amerykańskich, ale nasze Studium zdecydowanie odróżnia się od amerykańskich modeli. Proszę przyjrzeć się programowi studiów, są tam zarówno zajęcia stricte warsztatowe (np. warsztaty poetyckie, prozatorskie, dramaturgiczne, pisanie scenariusza, reportaż literacki itp.) oraz cykle wykładów wprowadzających w rozmaite obszary kultury współczesnej, i nie tylko. Co do Pańskiego pytania, czy SLA jest znane, odpowiem, że na pewno tak. Nawet za granica. Nawiązaliśmy kontakty z Instytutem Literackim w Lipsku, uczestniczyliśmy w kilku międzynarodowych projektach, Studium miało swoją prezentację w Berlinie, a środowisko literackie z Hamburga chce właśnie powołać „siostrzaną” instytucję itp. Ale najważniejsze dla nas jest to, że studiują u nas słuchacze z całej Polski (od Szczecina i Białegostoku, przez Warszawę i Wrocław po małe miasteczka rozsiane w całej Polsce), a nawet z zagranicy (Brukseli i Austrii). Coś musi być u nas atrakcyjnego, skoro przyjeżdżają do nas regularnie co dwa tygodnie z tak bardzo odległych miejsc.

No właśnie, co? Nasuwa mi się prowokujące pytanie, czy artystę można wykształcić?

Oczywiście, że artystę można (a nawet trzeba) wykształcić. Kształci się wszak aktorów, malarzy, muzyków… W przypadku obszaru twórczości literackiej „kształcenie” postrzegane bywa często z przymrużeniem oka. I niesłusznie. Nie chodzi tu nawet o umiejętności tzw. „techniczne”, jak skonstruować dobrą powieść czy napisać scenariusz, choć to także jest ważne, ale o coś zupełnie innego: o pogłębienie szeroko rozumianej wiedzy literackiej i kulturowej. O przyjęcie do Studium starają się często osoby np. z technicznym wykształceniem, lekarze, przyrodnicy, aktorzy. Są bardzo utalentowani literacko, ale brak im humanistycznego wykształcenia, odczuwają brak wiedzy, niepewność w tym, co piszą. Po prostu chcą się jak najwięcej nauczyć „literatury”, by móc lepiej pisać. Oczywiście, można powiedzieć, taką wiedzę można zdobyć w samotności, iluż to wybitnych pisarzy było z wykształcenia lekarzami czy inżynierami. Tak, ale czyż nie lepiej zdobywać ją pod kierunkiem doświadczonych, wybitnych „mistrzów”? W twórczej interakcji, dialogu, dyskusji, wielopoziomowej inspiracji, bo płynącej zarówno od wykładowców, jak i opanowanych tą samą pasją „współsłuchaczy”? Taką rolę ma właśnie pełnić nasza Szkoła. Być miejscem „spotkań”, dialogu, pasji, kreatywności, przyspieszonego dojrzewania artystycznego, intelektualnego i egzystencjalnego. „Uczyć” mądrości bycia twórcą, z całą szeroką konotacją, jaką to słowo ze sobą niesie.

Studium było Pani pomysłem. Od czasu jego utworzenia minęło dziesięć lat. Skąd się zrodził ten pomysł? I w jaki sposób mijająca dekada go zweryfikowało? A może wszystko potoczyło się tak, jak Pani wówczas przewidziała?

Pomysły przychodzą na ogół same. Często najbardziej szalone projekty rodzą się w głowach osób, które nie zdają sobie sprawy z trudności, przed którymi stoją. Na szczęście. (śmiech). Ja lubię nowe wyzwania. Ale oczywiście pomysł potrzebuje akceptacji, wsparcia. Takiego wsparcia udzielił mi ówczesny Dyrektor Polonistyki, prof. Andrzej Borowski. Także grupa pracowników Instytutu, która przyjęła go życzliwie i włączyła się do przygotowań: prof. Marta Wyka, prof. Jerzy Jarzębski i dr Bronisław Maj. Bez ich zdecydowanego poparcia nie udałoby się uruchomić Studium. Czy czas zweryfikował to, co przewidziałam? Oczywiście tak (śmiech), ponieważ moje przewidywania opierały się na nieprzewidywalności. Formuła Studium pomyślana została jako otwarta, nie mam tu na myśli programu, który został ustalony i zatwierdzony przez organy UJ, ale autorski, nieprzewidywalny kształt każdego cyklu zajęć, prowadzonych przecież przez wybitne indywidualności artystyczne, a także nieprzewidywalny skład osobowy poszczególnych roczników, w obrębie których mogą zostać uruchomione niebywałe potencje kreatywności. I tak się też stało. Niektóre roczniki zostawiały po sobie wyjątkowe ślady, jak wydawane wspólne antologie czy pismo literackie „Studium”, które powstało jako owoc zajęć warsztatowych pierwszego rocznika i do dziś zdobyło sobie ogromną renomę, ma zasięg ogólnopolski i stało się jednym z najważniejszych polskich pism młodoliterackich.

Mówi Pani Profesor o wybitnych osobowościach artystycznych. Kto prowadzi zajęcia w Studium?

Łatwiej byłoby zapytać, kto u nas nie wykłada(ł). Zajęcia prowadzili najwybitniejsi polscy pisarze, krytycy, poeci. Wykładali nobliści: Czesław Miłosz, Wisława Szymborska oraz zdobywca Oskara Andrzej Wajda, a także między innymi, podam w niezobowiązującej kolejności alfabetycznej: Marek Bieńczyk, Leszek Długosz, Izabela Filipiak, Jerzy Jarzębski, Zbigniew Kruszyński, Ryszard Krynicki, Julian Kornhauser, Stanisław Lem, Antoni Libera, Ewa Lipska, Bronisław Maj, Karol Maliszewski, Marek Nowakowski, Piotr Sommer, Stanisław Stabro, Olga Tokarczuk, Teresa Walas, Marta Wyka, Adam Zagajewski oraz nieodżałowani Maciej Słomczyński, Jan Józef Szczepański, Maciej Szumowski,  Dorota Terakowska.

Czasem żartujemy, że Studium Literacko-Artystyczne stało się rodzajem trampoliny do sukcesu. I to nie tylko dla słuchaczy, także dla wykładowców. Wisława Szymborska była u nas przed Noblem, a Wajda przed Oskarem; Antoni Libera wykładając kończył Madame, a więc także przed wielkim sukcesem; Olga Tokarczuk i Marek Bieńczyk przed nominacjami do Nike… To oczywiście żart, ale każdy żart ma rewers pół-serio…

Powiedziała Pani nieco o wykładowcach. Ale Studium ma już dziesięć lat, wykształciło kilka roczników studentów. Czy pojawiły się jakieś wyjątkowe talenty literackie?

Dziesięć lat, to wcale nie jest tak dużo. Żeby twórca naprawdę zaistniał, trzeba o wiele więcej czasu. Ale wskażę oczywiście kilka osób, które wyrobiły sobie już literacką „markę”. Nie sposób wymienić wszystkich, pozwolę sobie więc na kilka przykładów. Zacznę od absolwentki pierwszego rocznika, Ewy Sonnenberg, która została później laureatką prestiżowej nagrody im. Georga Trakla, była stypendystką wielu fundacji, także międzynarodowych, o jej twórczości powstała nawet ostatnio jedna z najlepszych w Polsce prac magisterskich, a więc nasza absolwentka stała się już „klasykiem… Słuchaczem tego rocznika był także Mariusz Czyżowski, redaktor naczelnym pisma „Studium” oraz właściciel wydawnictwa Zielona Sowa, które ma największe w Polsce zasługi w promowaniu literackich debiutów. Można wspomnieć także o Waldemarze Mogielnickim, który otrzymał trzy lata temu nagrodę wydawców za najlepszą książkę poetycką roku. Znakomity dorobek poetycki ma już Katarzyna Zdanowicz, która zalicza się do czołówki młodej poezji. Mam nadzieję, że taki los czeka także Annę Tomaszewską, która właśnie otrzymała Nagrodę im. Macieja Słomczyńskiego. Myślę, że ma duże szanse zaistnieć Janek Krasnowolski (wnuk Jana Józefa Szczepańskiego), czy Katarzyna Jakubiak, która po ukończeniu Studium wykładała creative writing w Stanach Zjednoczonych. Mamy wielu znakomitych absolwentów, wielu z nich pracuje w instytucjach kulturalnych, redakcjach, są tłumaczami. W końcu to studia (wyjątkowo) elitarne…

Wróćmy do spaw związanych z literaturą. Jest ona teraz bardzo silnie związana z pokoleniami, sposób wypowiedzi poetyckiej zmienia się radykalnie co kilka lat. Jak wykładowcy dogadują się ze słuchaczami? Jak uniknąć forsowania własnych obrazów literatury?

 Trudno generalnie odpowiedzieć na to pytanie, bo sposób nauczania zależy od osobowości prowadzącego. Każde zajęcia są niepowtarzalne, każdy z wykładowców stosuje inne metody, nawiązuje inne kontakty, uruchamia inne obszary wyobraźni itp. Na przykład Ewa Lipska na początku miała duże opory przed rozpoczęciem zajęć w Studium. Okazało się jednak, że wkrótce stało się to jej pasją. Inspiracje okazały się dwustronne. Na jej warsztatach poetyckich dochodzi do zderzenia dwóch optyk widzenia świata, i to jest niezwykle twórcze dla obu stron. Ewa Lipska z uwagą wsłuchuje się w to, co mają do powiedzenia młodzi ludzie, interesuje ją nowa wrażliwość, inny sposób percepcji świata. Inaczej prowadzi zajęcia np. Izabela Filipiak. Zajmuje się tym, co ją najbardziej interesuje. Nie chodzi jej jednak o narzucanie swojego sposobu widzenia świata, lecz o takie uaktywnianie bardzo głęboko ukrytych, osobistych uczuć, które słuchacze poddają sublimacji. Olga Tokarczuk z kolei prowadziła zajęcia też wedle własnej metody. Jest psychologiem z wykształcenia, więc uwielbia gry wyobraźni, wchodzenie w głębokie obszary psychiki (rejony nieświadome). Stanisław Lem na przykład lubi spotkania z naszymi słuchaczami, ale zawsze stosuje najbardziej przewrotne strategie, aby ich zniechęcić do pisania. Co roku zaczyna swoje zajęcia od stwierdzenia: „Proszę państwa, dajcie sobie spokój, pisania nie można się nauczyć, a literatura tak naprawdę niczemu nie służy”. Obydwie strony przyjmują tę grę, słuchają, dyskutują i… piszą.

Wspomniała Pani o laureatce Nagrody im. Macieja Słomczyńskiego. Chciałbym zapytać o właśnie o Macieja Słomczyńskiego, który związał się ze Studium od samego początku i który utożsamiał się z nim aż do swojej śmierci, i o nagrodę jego imienia…

Mieliśmy i mamy różnych wspaniałych wykładowców, ale takiego wykładowcy, jakim był Maciej Słomczyński, myślę, że już nigdy nie będziemy mieć. Był z nami od samego początku do śmierci (w 1998). Prowadził warsztaty prozatorskie, ale nie tylko. Był to człowiek, który budował relacje ze studentami na zasadzie „mistrz-uczeń”, dziś już nie spotykane. Poświęcał młodym ludziom ogromną ilość prywatnego czasu. Słuchacze przyjeżdżali do niego do domu na wielogodzinne dyskusje – nie tylko o literaturze, także o „życiu”. Był człowiekiem absolutnie niezwykłym. Jego odejście było dla nas największą stratą. Dlatego nagrodę dla najlepszej pracy z kręgu słuchaczy i absolwentów Studium nazwaliśmy właśnie jego imieniem. Pierwsza jej edycja odbyła się teraz, podczas czerwcowego festiwalu Literatura wobec nowej rzeczywistości, a jej laureatką została wspomniana już Anna Tomaszewska, która otrzymała nagrodę za tomik poetycki Wiersze do czytania. Mamy nadzieję, że kolejną nagrodę przyznamy za równie wybitną pracę.

Zorganizowany ostatnio przez Panią Festiwal Literacki pod hasłem Literatura wobec nowej rzeczywistości cieszył się wielkim powodzeniem, udał się ze wszech miar. Połączony był z obchodami jubileuszu Studium Literacko-Artystycznego. Lecz chciałbym zatrzymać się na jego tytule. Czy jest to credo Studium, że literatura powinna odzwierciedlać rzeczywistość społeczną?

Niezupełnie. Wydawało mi się, że, w chwili wejścia Polski do Unii Europejskiej właśnie tę tematykę warto uważnie przedyskutować. To ważny moment. Chcieliśmy także zainicjować dyskusję nad nowym paradygmatem kulturowym wspólnej Europy, miejscem w jego obrębie kultury i literatury, sposobem przejawiania polskiej tożsamości narodowej itp. Oczywiście relacja literatura-rzeczywistość jest relacją podstawową, choć można ja rozumieć na rozmaite sposoby. My skupiliśmy się na tym razem na tym najbardziej dosłownym rozumieniu tego terminu.

Jaki więc będzie kolejny temat i kiedy będzie następny festiwal?

Zadał mi pan bardzo trudne pytanie. W trakcie pracy nad tym festiwalem powiedziałam sobie: „nigdy więcej”. Ciężar organizacyjny był naprawdę ogromny, a wsparcie „instytucjonalne” minimalne (UJ, a zwłaszcza Instytut Polonistyki nie mają pieniędzy; otrzymaliśmy od JM Magnificencji prof. Franciszka Ziejki pieniądze na nagrodę Macieja Słomczyńskiego, za co jesteśmy oczywiście bardzo wdzięczni), musieliśmy więc sami zabiegać o sponsorów, co w dzisiejszych czasach przypomina drogę przez mękę. I do końca nie było wiadomo, w jakim kształcie uda się ten Festiwal zorganizować. Że to wszystko się udało, to chyba sprawa twórczej opatrzności, która czuwa nad SLA. Z zaproszonych ponad sześćdziesięciu uczestników, tylko dwóch nie dopisało. Program więc zrealizowany został praktycznie w całości, uczestnicy wygłosili świetne referaty, udały się spotkania autorskie, dyskusje panelowe, koncerty, wieczór jubileuszowy… Atmosfera była wspaniała. Oczywiście dobrze by było kontynuować tę tradycję. Bardzo chciałabym, aby Kraków stał się miejscem ważnych dyskusji na temat współczesnej literatury. Miejscem kolejnych Festiwali Literackich. Mamy już pomysły na ich formułę. Ale bez wsparcia władz uniwersyteckich chyba nie będzie to możliwe.

Czego można więc życzyć Pani Profesor i SLA z okazji Jubileuszu?

Coraz bardziej utalentowanych słuchaczy i wybitnych, wiernych Szkole wykładowców, by nasza Alma Mater mogła chwalić się Studium Literacko-Artystycznym jako jedną z ważniejszych „wizytówek” jej działalności.